Tandemem przez Warmię i Mazury

 

Wyjazd.
Zaraz po oberwaniu chmury spotykamy się u Kasi: szybki przepak, wymiana sprzętu i już jedziemy w kierunku dworca kolejowego w Płaszowie. Dzięki szybkiemu tempu zyskaliśmy sporo czasu na sprawne i bezproblemowe załadowanie do pociągu naszych cennych rowerów. Piotr i Paweł wpadli na genialny pomysł, dzięki któremu każdy z nas ma miejsce leżące: bagaże lądują na podłodze, a chłopcy na karimatach zajmują ich miejsce na półkach bagażowych.

 

20 lipca

Podróż minęła przyjemnie, nie licząc incydentu w Działdowie, kiedy to Pani konduktor złorzeczyła nam, że wyładowując nasze sprzęty opóźniamy pociąg, i powinniśmy się zdecydować: ?albo pociągiem albo rowerem?. Obiektywnie wyładunek był błyskawiczny, a my zwinni jak akrobaci.

Kolejnym pociągiem dojechaliśmy do Olsztyna, gdzie przy kawce na przepięknym rynku planowaliśmy dalszą trasę. I tu zaskoczenie, które nikogo nie zaskoczyło,a mianowicie… zapomnieliśmy wypasionego, bardzo szczegółowego przewodnika rowerowego regionu mazurskiego. Szybko jednak uzupełniliśmy ubytek.

Opuszczamy Olsztyn, kierując się czarnym szlakiem w kierunku Szczytna. Jest bardzo ciepło, a dodatkowo falistość terenu daje popalić po długiej podróży. Pomimo tego, że poruszamy się drogą asfaltową, ruch jest znikomy i zupełnie nie przeszkadza w radości płynącej z podziwiania piękna krajobrazu. Podczas przygotowywania obiadu pierwszy raz dopadają nas hordy krwiożerczych samic komara pospolitego, zamieszkującego każdy mazurski zagajnik. Od tej pory będą nas prześladować i nękać na każdym, nawet najkrótszym postoju (przestroga: jak za wolno jedziesz też Cię dopadną!). We wsi Dźwierzuty odbijamy ze szlaku i trasą na Szczytno docieramy do Dębówka, do domu Banana – naszego przyjaciela ze Stowarzyszenia. W oczekiwaniu na gospodarza, rozpalamy w piecu i obserwujemy groźne a zarazem piękne widowisko na niebie ? potężna burza pustoszy okolicę.

 

21 lipca

Komary, błoto i pokrzywy czyli “Kto drogi prostuje ten w lesie nocuje”.

Nazajutrz wypoczęci i radośni razem z Bananem jako przewodnikiem wyruszamy na całodniowy objazd okolicy. Docieramy do przemiłej rodzinki, gdzie nasz kolega instaluje nowatorską wielofunkcyjną huśtawkę swojego projektu, ku uciesze rozkosznych dziewczynek (i Pawła). W międzyczasie wielopokoleniową gromadką,

wyposażeni przez gospodarzy w dętki od traktora, idziemy poszaleć w jeziorze. Następnie, po przetestowaniu huśtawki wyruszamy nową trasą w długą drogę powrotną. Nasz przewodnik ufając swojej znajomości terenu wyprowadził nas na manowce 😉 Wybrana przez niego trasa obfitowała w strome podjazdy, grząskie błocko, chłostające po ciele pokrzywy i miliardy zawziętych moskitów. Wielki ukłon dla konstruktorów z firmy Extrawheel- nasza przyczepa w tych ciężkich okolicznościach była niezawodna. W żaden sposób nie utrudniała tej ciężkiej przeprawy, czego nie można powiedzieć o naszych rowerach – pod koniec zaczęły odmawiać współpracy.

Już po zmroku, gdy cieszyliśmy się z pokonania najtrudniejszego odcinka dopadła nas ulewa. Mimo iż do domu dotarliśmy bardzo późno, trasa przez swoją specyfikę sprawiła nam mnóstwo frajdy (nie licząc setek bąbli po ugryzieniach, i fal gorąca napływających z poparzonych kończyn). Po dokładnych oględzinach Kasia i Piotrek znaleźli po jednej sztuce klesza pospolitego na swych stopach. Po co to żyje na świecie?!

 

22 lipca

Dzień bez deszczu ! (jedyny)

W promieniach słońca wyruszyliśmy na lekko w stronę rezerwatu Kulka. Celem na ten dzień jest zdobycie najwyższego wzniesienia w okolicy (ok. 200 m n.p.m.!!!).

Trasa w odróżnieniu od wczorajszej była mniej wymagająca, ale pozwalała na osiągnięcie większych prędkości, z czego skorzystaliśmy organizując radosne wyścigi obfitujące w długie podjazdy. Banan na rowerze wyposażonym w przyczepę Extrawheel’a wyzwał na pojedynek Kasię i Pawła na tandemie, co skończyło się tym, że swoją sromotną klęskę odchorowywał przez kolejny dzień;) Zziajani i zmęczeni dotarliśmy do fantastycznego miejsca na odpoczynek. Beztrosko kąpaliśmy się w czyściutkim jeziorze Łęsk, nieświadomi tego, że na zachodnim brzegu zachowała się roślinność tundrowa (jako jedno z dwóch takich miejsc w Polsce). Niestety, o tym dowiedzieliśmy się dopiero wieczorem od rodziców Banana, którzy ugościli nas w Szczytnie przepysznym sandaczem własnego połowu. Dzień zakończyliśmy bawiąc się wyśmienicie na koncercie VooVoo i Abradaba.

(Sprostowanie: koncert jednak był w deszczu;))

 

23 lipca

Czas opuścić przytulne schronienie

Od rana oporządzamy dobytek i pomimo niesprzyjającej pogody ruszamy na północ. Droga prowadzi szutrowymi duktami Puszczy Piskiej, największego kompleksu leśnego na terenie Mazur. Na trasie naszego przejazdu mijamy wiele pozostałości umocnień z okresu I Wojny Światowej.

Sielankowe pedałowanie przerywa pierwszy kapeć w rowerze Banana. Panicznie oganiając się od wszechobecnych komarów sprawnie wymieniamy dętkę i ruszamy dalej.

Radość trwa jakieś 15 minut (drugi kapeć u Banana). Porzucamy kolegę na rozstajach i jedziemy dalej w kierunku Spychowa. Podejmujemy taką decyzję, gdyż nasz towarzysz czeka na swojego znajomego, który śpieszy na pomoc z nową oponą. W Spychowie posilamy się wyśmienitą zupą rybną, na czym przyłapuje nas nadjeżdżający znienacka maruder. Po zmierzchu kontynuujemy podróż, szukając dogodnego miejsca na biwak. Korzystając z niezawodnego instynktu naszego człowieka z Mazur, w panujących ciemnościach trafiamy na wymarzone, ustronne miejsce nad jeziorem, wyposażone nawet we własny pomost. Rozwieszamy hamaki, stawiamy namiot, rozpalamy ognicho, robimy jedzonko – dzisiaj będzie już tylko pełen relaks.

 

24 lipca

Cisza przed burzą

Nazajutrz nasza miejscówka prezentuje się jeszcze lepiej. Zażywając kąpieli słonecznej przygotowujemy na pomoście smaczne śniadanko, gaworząc przy tym radośnie.

Trasa na ten dzień zapowiada się ambitnie  chcemy pod wieczór dotrzeć do Rydzewa nad jeziorem Niegocin. Pierwszym przystankiem jest wieś o dźwięcznej nazwie Zgon.

Mieszka tam rzeźbiarz, którego prace zdobią wiele obejść. Nasza marszruta przebiega wzdłuż szlaku kajakowego rzeki Krutyni. Zwiedzamy klasztor starowierców w Wojnowie oraz zahaczamy o wioskę Galindów nad jeziorem Bełdany. Po obiedzie w zatłoczonych Mikołajkach, korzystając z polnych dróg obieramy kierunek na Rydzewo. Całe przedsięwzięcie urozmaica nam (a jakże!) gwałtowna burza. Polne ścieżki zamieniają się w w błotniste pułapki na rowery. Kasia i Paweł mają utrudnione zadanie. W wielu miejscach są zmuszeni do prowadzenia swojego długiego i ciężkiego składu…

Jakby tego było mało, zanieczyszczone lepkim błotem przerzutki w tandemie zaczynają szwankować. Rower ledwo jedzie. Ciemna noc i nieustające opady wystawiają naszą wytrzymałość na poważną próbę. Około północy, zmęczeni i przemoczeni docieramy do Rydzewa. W poszukiwaniu noclegu udajemy się do zaprzyjaźnionego bosmana Wojtka. A tam niespodzianka w postaci Bartka – naszego przyjaciela ze Stowarzyszenia, który na tą noc udziela nam schronienia na swoim jachcie.

 

25 lipca

Po śniadaniu i kawce żegnamy się z Bananem, Bartkiem i Wojtkiem.

Już w czwórkę kontynuujemy podróż. Po wczorajszej przeprawie jesteśmy zmuszeni do skorzystania z usług serwisu rowerowego w Giżycku. Kefas wymienia przetartą oponę, Sylwia zużyte klocki hamulcowe, a tandem wymaga regulacji przerzutek i hamulców.

Celem na dziś jest Trygort nad jeziorem Mamry. Obieramy trasę przez Sztynort, w którym znajduje się XVII w. zespół pałacowy.

Miejsce warte zobaczenia, szkoda tylko, że bardzo zniszczone i zaniedbane. Dalej pędzimy do Mamerek, gdzie oglądamy Kwatera Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH) “Mauerwald”. W lesie zachowało się 30 poniemieckich bunkrów z okresu II wojny światowej.

Po zwiedzaniu okrążamy jezioro Mamry i za wsią Trygort trafiamy na klimatyczne pole namiotowe, prowadzone przez uprzejmego Pana Mirka. Najlepszą wizytówką tego miejsca są radośni żeglarze cumujący do kilku małych pomościków. Zmęczeni zasypiamy w trakcie wszechpanującej imprezy przy dźwiękach gitary i akordeonu.

Nasza nieomylna pogodynka – Paweł wywróżył burzę na ten dzień między 23 a 1 w nocy. Trafił bez pudła – burza przyszła o 24.

 

26 lipca

Rano zamiast budzika usłyszeliśmy grzmoty i łoskot deszczu. Korzystając z okazji poleżeliśmy do południa w hamakach. Po porannej zlewie wyszło dawno niewidziane słońce. Najedzeni świeżutkimi bułeczkami z obwoźnej piekarni, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, zostawiając hamaki na biwaku. W tym dniu naszym celem były poniemieckie śluzy na Kanale Mazurskim.

Jadąc do śluzy w Leśniewie, mieliśmy nadzieję na dobrą zabawę, w zainstalowanym tam parku linowym. Niestety ceny skutecznie nas zniechęciły. Z wielkim entuzjazmem popedałowaliśmy do Guji, chcąc zobaczyć jedyną w pełni ukończoną i działającą śluzę. Straciliśmy impet na widok ogrodzenia z drutu kolczastego, uniemożliwiającego dokładne zwiedzenie obiektu.

Droga powrotna wiodła dookoła jeziora Rydzówka, gdzie cieszyliśmy oczy licznymi stadami boćków.

Po orzeźwiającej kąpieli w czyściutkich wodach jeziora Mamry, popedałowaliśmy na domowe ruskie do pobliskiej gospody.

 

27 lipca

I znów znajome odgłosy. Łomot deszczu na tropiku skutecznie usypiał zamiast budzić. Wykazaliśmy się wielką determinacją i pomimo wody lejącej nam się za kołnierze zwinęliśmy biwak. Błotnisto ? piaszczystą drogą dojechaliśmy do Węgorzewa, gdzie wciągnęliśmy po gofrze. Siedząc w kawiarnianym ogródku głośno zastanawiliśmy się jak tu zdobyć świeżą rybkę na zupę. Siedzący nieopodal jeden z klientów, uprzejmy tubylec, mocno zainteresował się naszą rozmową. Gdy ruszyliśmy w kierunku sklepu, z dumnym szyldem ?ŚWIEŻE RYBY?, w ostatniej chwili zawrócił nas z drogi:

  • Jeśli widzicie szyld “świeże ryby”  możecie mieć pewność, że takie nie są. Nie radzę kupować w tym sklepie, no chyba, że chcecie mieć sensacje żołądkowe. Lepiej zjedzcie schabowego.

Wdzięczni za pouczenie, rządni dalszych wrażeń pojechaliśmy w stronę Ogonek. Paweł, znający te tereny, postanowił nas zaprowadzić w ciekawe miejsca w okolicy. Za wsią przebiega trasa dawnej wąskotorówki łączącej Mamerki z bunkrami w Pozezdrzu.

Gdyby komarzyce nie chciały nas zjeść żywcem, stary most kolejowy byłby doskonałym miejscem na odpoczynek. Widząc ciemne zwały chmur, wykorzystaliśmy Pawła jako przewodnika i postanowiliśmy odnaleźć znane mu doskonałe miejsce biwakowe. Długie lata nieobecności na tych terenach stępiły nieco pamięć Płona, dzięki czemu zatoczyliśmy elegancką pętlę po lesie i trafiliśmy z powrotem pod most. Pomimo rodzącej się w grupie nieufności Paweł zrehabilitował się i doprowadził nas do ustronnej polany, w miejscu gdzie Sapina wpada do jeziora Stręgiel.

Resztę wieczoru spędziliśmy pod rozpiętym daszkiem, jedząc i prowadząc leniwą wymianę zdań.

 

28 lipca

Poranek upłynął pod znakiem poszukiwań w trawie zielonego sporka (Kasia kupi sobie nowego. Który to z kolei?). Dzisiaj chcemy posiedzieć przy żubrze. Sylwia słyszała, że żubr występuje w Puszczy (Boreckiej). Droga była daleka, ale jechało się świetnie. Już około godziny 13 z wywieszonymi językami zameldowaliśmy się pod bramą mieszkania tych dostojnych władców kniei. I co? Pocałowaliśmy kłódkę. Okazało się bowiem, że żubr rano i wieczorem podchodzi najbardziej (7-9 i 18-20). Kasi udało się jednak sposobem cyknąć żubra, więc nie odjeżdżamy z pustymi rękami.

Telepatyczne łącza członków Stowarzyszenia zadziałały – dostaliśmy od Bartka telefoniczne zaproszenie na imprezę w Sztynorcie kończącą regaty. Zatoczyliśmy dużą pętlę leśnymi ostępami Puszczy Boreckiej.

Krótki przystanek nad jeziorem Gołdopiwo i w mgnieniu oka stoimy na kei przy znajomym jachcie. Ostatni wieczór wyjazdu upłynął nam w towarzystwie rubasznych żeglarzy, snujących ekscytujące opowieści ze swoich rejsów po najdalszych zakątkach świata. Klimat podkreślał żywiołowy koncert EKT Gdynia. W szampańskich nastrojach zalegliśmy na kojach, ufając obietnicom Bartka, że nazajutrz przeprawi nas z rowerami do Giżycka.

 

29 lipca

Nie do wiary! Łódź pękająca w szwach od naszego sprzętu wypływa w okolicach godziny 10. (spróbujcie załadować tandem na Tango!).

Pogoda na rejs wymarzona.

Na zrefowanych żaglach w dużym przechyle suniemy do portu wyładunkowego. Rower Sylwii przywiązany do want, w promieniach dawno nie widzianego słońca prezentuje się wspaniale.

W kanale giżyckim następuje łzawe pożegnanie z Bartkiem i Kefasem, który zostaje jeszcze tydzień na Jeziorach. Naszą trójkę czeka mozolny powrót PKP.

W spóźnionym i przeładowanym do granic możliwości pociągu nawiązaliśmy interesującą znajomość z małżeństwem leciwych, australijskich rowerzystów. Niekłamany podziw wzbudziła w nas informacja, że jadą z Talinu w Estonii do Rzymu. Tylko paskudna pogoda zmusiła ich do skorzystania z pociągu.

Ostatnim akcentem wyprawy był triumfalny przejazd o 3 w nocy przez krakowski Rynek. Do następnego!