POŁONINA EXPEDITION 2011


Połonińska przygoda zaczęła się dużo wcześniej niż w dniu wyjazdu. Podania do sponsorów, zapytania do ambasady o poparcie, ubezpieczenie, zakupy brakującego sprzętu, planowanie trasy, to wszystko absorbowało nas mocno na długie tygodnie przed wyjazdem. Nasz trud jednak się opłacił i cała nasza ekipa przygotowana do wyjazdu 18 marca ruszyła w kierunku Ukraińskiej granicy. 
Oczywiście po drodze pojawiły się dodatkowe komplikacje związane z transportem, na szczęście same jakoś się rozwiązały. I tak w sobotę późnym wieczorem sześcioosobowa ekipa składzie: Marcin, Wiesław, Kasia, Bartek oraz osoby niewidzące Jurek i Paweł, zapakowana w busa dotarła do granicy polsko ukraińskiej. Dzięki polecającemu pismu z ambasady odprawa trwała około dwóch godzin co na przejściu w Medyce jest wielkim sukcesem.

Ukraińska droga przywitała nas niesamowitymi dziurami. Jazda okazała się bardzo powolna, a pierwszy biwak wypadła nam w polu przy bocznej drodze.
Pobudkę zrobił nam Pan milicjant przejeżdżający obok. Musieliśmy być dla niego nie lada zjawiskiem i dość długo musiałem tłumaczyć że nie jest nam zimno i że wszystko w porządku.
Ruszyliśmy dalej w Kierunku wsi Wołowiec gdzie górowała Połonina Borżawa, pierwszy nasz cel narciarski.
Totalnie wiosenny krajobraz nie nastrajał nas optymistycznie.” Gdzie ten śnieg?”, było naszym głównym pytaniem. Pod samą połoniną spotkaliśmy dwójkę ukraińskich skitourowców. Chwila rozmowy i już wiemy że warunki są i że wiosenny śnieg już na nas czeka. Wyruszyliśmy kolejnego dnia. Jak instruowali nas miejscowi mamy iść do „wodopadku” i potem w górę. Niestety pewien odcinek ścieżki był zawalony wiatrołomami. Kluczenie między zwalonymi pniami dawało w kość widzącym a co dopiero Jurkowi i Pawłowi.

Wszystkie te trudy wynagradzała nam przepiekana słoneczna pogoda. Po około 2h drogi dotarliśmy do „jezdnej” pokrywy śnieżnej. Pierwsze przez resztki lasu a potem coraz większe polany doszliśmy do pięknego grzbietu. Stad już dało się dojrzeć rozległy masyw Borżawy. Powoli, żmudnym krokiem prześlijmy grzbiet i po paru godzinach osiągnęliśmy najwyższy punkt na naszej trasie Wielki Wierch 1598 m . Przepiękna panorama wraz z cudną pogodą dawała niesamowite wrażenie.

Kawałek za szczytem zaczął się nasz zjazd. Połączyliśmy kijki ze sobą za pomocą taśmy, tworząc coś w rodzaju dyszli. Taki układ jest najbardziej efektywny. Jadący z przodu widzący dobiera teren i daje komendy, a jadący z tyłu słucha i odczuwa odległość po przez sklejone kijki. Stok był lekko przetrawersowany a śnieg twardy i lekko zmrożony. Jazda była szybka i pewna. A końcówkę wypłaszczenia udało się zrobić z rozpędu. Po dojechaniu na przełęcz rytuał zakładania fok się powtórzył i ruszyliśmy do kolejnego przewyższenia. Stąd zaczął się drugi zjazd, tym razem dłuższy i prowadzący nad powrotem do doliny.
Warunki wspaniałe i każdy miał wielką frajdę z jazdy.
Opadające ramie doprowadziło nas bardzo nisko co skróciło czas zejścia w skorupach.

Rozentuzjowani wróciliśmy do wioski.
Po szybkim przepaku i posiłku ruszyliśmy dalej planując biwak gdzieś po drodze. Ukraińskie drogi nas nie rozpieszczały i dystans do kolejnej połoniny wydłużył się kilkakrotnie. Stan tych dróg jest wyzwaniem dla samochodów terenowych a co dopiero dla osobówek. Miejscowi kierowcy nie mają chyba takich problemów gdyż wszyscy mijali nas na pełniej prędkości nie zważając na te dziury. Kolejny nasz cel Połonina Krasna, po kilku godzinach jazdy wyłonił się z pomiędzy gór.
Niestety warunki śniegowe były widocznie gorsze niż na Borżawie, więc szybką decyzja ruszyliśmy dalej w masyw Świdrowca, z nadzieją że prawie 300m różnicy miedzy nimi zapewni nam dobre warunki.

Droga dłużyła się nam bardzo, a wolna prędkość przesuwu kruszyła morale. Pod masyw dojechaliśmy dopiero na noc i po długich poszukiwaniach noclegu wylądowaliśmy w nieczynnej Turbasie. Miły chłopak pilnujący tego przybytku użyczył nam podłogi. Poranek, śniadanie, przepak . Plecaki na plecy i w drogę.

Najpierw błotnistą drogą. Znów pogoda nam dopisała, piękne słońce cały czas nas nie opuszczało.Szliśmy szeroką dolina by potem ostro skręcić w jej boczna odnogę. Tu już nie było tak szeroko, a miejscami zniszczona droga i przeradzała się w rajd przeprawowy. Dalej było coraz trudniej. Ścieżka wprowadziła nas w wąski jar. Wędrowaliśmy trochę po kamieniach trochę po zamarzniętej na brzegach potoku krze. Wędrówka stała się dość uciążliwa, a czasami zmieniała się w ekwilibrystykę po śliskich kamieniach. Droga ta wszystkim nam dała się mocno we znaki. Biwak wypadł nam w samym środku jaru.

Kolejny dzień okazał się równie słoneczny, ruszyliśmy dalej wąskim przesmykiem. W rozwidleniu potoków udało się nam skręcić w las i obejść zniszczoną ścieżkę dochodząc tym do śniegu. Tu już czuło się oddech wyższych partii gór. Osiągnęliśmy trochę wysokości i od razu zmieniła się też krajobraz. Było więcej światła i jak by powietrza. Meandrując pomiędzy bukowymi pniami dotarliśmy już na nartach do małych polanek. Polanki przerodziły się w jeszcze większe polany, a potem w hale i naszym oczom ukazała się Głowna grań Świdrowca. By widok był jeszcze bardziej sielski naszym oczom ukazała się też piękna bacówka. W której wypadł nam idealni kolejny nocleg.

Bacówka była wygodna w miarę nowa i z paleniskiem, w którym zapaliliśmy ognisko.Ciepło i best way to get rid of herpes blask ogniska od razu poprawiło humory, zmęczenie też jak by mniej doskwierało. Popołudnie minęło na gotowaniu, suszeniu i planowaniu.
Niestety ukraińskie mapy nie są z byt dokładne, maja błędy i rozbieżności w skali. GPS okazał się dość pomocny lecz mimo wszystko ciężko było dokładnie wyliczyć odległości które mięliśmy do pokonania. Zachód słońca okazał się wietrzny, a chmury o odcieniu purpury zdradzały nadchodzącą zmianę pogody.

Z bacówki wyruszyliśmy śnieżnymi polami bardzo wcześnie by mieć duży zapas czasowy. Potężne doliny całe w bieli podkreślały majestat tych gór. Zmrożony śnieg dawał charakterystyczny świst ślizganej foki. Wszyscy poczuliśmy że jesteśmy w wyższej parki gór, gdzie króluje wiatr i kosodrzewina. Po dojściu w kocioł doliny ruszyliśmy trawersem w górę. Poszarpane gałęzie krzaków i nierówny śnieg świadczył o niedawnej lawinie. Wiatr pędził niebem chmury dając niesamowity efekt, raz cienia raz słońca.

Szliśmy długim bocznym ramieniem grzbietu. Dokoła wspaniałe widoki i dalej piękna pogoda. W oddali dało się zauważyć znana w okolicy stacje narciarską Drohobrat. Rozległe pasmo świdrowca ciągnęło się aż po horyzont. Po dłuższym marszu dotarliśmy do ostatniego wierzchołka grani. Stąd zaczął się zjazd. Połączeni w pary za pomocą kijków ruszyliśmy na dół. Trasa wyszła slalomowa pomiędzy sosenkami. W oddali było już widać polane z skupiskiem bacówek. Ramie opadało stromo po czym odbijało lekko w bok.
Jakiś pasterz lub wędrowiec oznaczył kawałkami worka foliowego drogę do bacówek. Ruszyliśmy tym śladem i po chwili wjechaliśmy na nartach pod same bacówki. Kolejny syty zjazd za nimi. Niestety nie dla wszystkich okazał udany. Jurek już prawie na samym dole się wywrócił obijając sobie bark. Na szczęście dał rady jechać dalej. Bacówki były już wyraźnie niżej i śniegu nie było tu już za dużo. Ostatnie płaty śniegu zostały tylko w zagłębieniach gruntowej drogi. Taki układ nam idealnie spasował bo właśnie ta droga podążaliśmy dalej do doliny.  Tym sposobem udało zjechać się prawie dwa kilometry w poziomie i trzysta metrów w pionie. Mimo iż do dokoła była już tylko trawa. W końcu trzeba było zdjąć narty i końcówkę zejścia pokonać już z buta. Wróciliśmy do punktu wyjścia do nieczynna Turbasę. Wreszcie można było zdając skorupy i cały dobytek.

Droga powrotna wypadła nam przez granice ukraińsko-słowacką. Papier z ambasady przyspieszył bardzo odprawę ukraińską, lecz nie wpłynął znacząco na Słowaków i swoje trzeba było odstać.
Słowacka droga była dużo lepsza tak, że przy prędkości 60 km/h wydawało się że lecimy.
Za nami została ukraińska granica, ukraińskie drogi, piękne połoniny i lekki niedosyt. Miło z takim stanem umysłu zamknąć narciarski sezon.

Bartłomiej Latasiewicz