Maroko – przygoda życia – Amazigh Wolni Ludzie

Tu się wszyscy piorą! ? Myśl przewodnia na dzień pierwszy.

Na lotnisku stanowiliśmy nie lada atrakcję- banda bladolicych szybko skręcających swoje rowery.

Z lotniska pojechaliśmy na Harirę- zupę typową dla kuchni berberyjskiej obszaru Maroka. Właściciel lokalu przywitał nas z otwartymi ramionami, wszak na siedmiu osobach da się zarobić. Obok stolika pojawił się typ, spod ciemnej gwiazdy  obdartus, częstując nas soczystymi, ostrymi zdaniami, których zrozumieć nie mieliśmy prawa, które za to właściciel baru rozumiał zanadto. Chwyciwszy bejsbola ruszył do obrony bladolicych. Obdarciuch zebrał tęgie baty i odpuścił, ale to jeszcze nie był koniec rewelacji. Minutę później w barze obok zaczęła się prać kobieta z mężczyzną- widok niecodzienny, więc szybko zleciało się mnóstwo życzliwych do ?pomocy?.. Dokończyliśmy zupki i ruszyliśmy w poszukiwaniu wyczekanego spoczynku.

Ostatni raz w Maroku byłam 7 lat temu, Michał też miał sporą przerwę. Wjazd do Mediny schował się przed nami dość skutecznie, ale dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć medyńskie slumsy nocą. Ależ tam było wspaniale! Żółte, słabe światło oświetlało nierówne drogi mediny. Była północ, dzieci uczyły się chodzić po falującym bruku, te starsze grały w piłkę. Całkiem spore podlotki stały pod murami obserwując świat za nimi. Światła tańczące w tej części miasta były niesamowite, ludzie pomocni- z góry mówili, która uliczka jest ślepa, który korytarz za ciasny.
Nie była to ta część, do której chcieliśmy trafić. Jadąc dalej znaleźliśmy wejście właściwe i tam  szukaliśmy noclegu. Ofert nie brakowało, pośrednicy jak licho- nie śpią. Każdy oferuje fajny hotel za ?tak tanio?, w którym rowery się zmieszczą. Nie brali pod uwagę faktu, że tandem nie jest przegubowy.

Hotelik, w którym się zatrzymaliśmy był całkiem przyzwoity. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że dwa dni później ów hotelik będzie się jawił jako pięciogwiazdkowy kurort.
Tego samego wieczoru poszliśmy do knajpki na dole, w której właściciel obiecał Jurkowi piwo. Zawiedzeni do kuchni (trzeba w ukryciu spożywać zakazane dobro) dostaliśmy bardzo drogą i bardzo małą butelkę.

Jurek ku przerażeniu tubylca otworzył butelkę zębami, po czym przechylając ją duszkiem wlał w siebie jej zawartość. Przy stoliku zamówił jeszcze jedną lub dwie po czym udał się do Hammamu. Damski Hammam  był otwarty jedynie w dzień, w związku z czym babeczki wyjazdowe ułożyły się do snu, a panowie popędzili na nocne harce.

W łaźni Młody popełnił wielkie faux pas zdejmując slipki- na szczęście Zwierzak był w gotowości i ubrał Młodego zanim jego klejnoty poczuły wolność.

2013-04-03 at 01-09-30Następnego dnia 3.03 po śniadanku na tarasie ruszyliśmy na zwiedzanie, choć w przypadku Sylwii i Jurka właściwszym byłby ?gifting?. Rzucili się w szał zakupów, a my może nierozważnie, ale w pogoni za czasem poszliśmy swoimi ścieżkami zostawiając zakupoholików w raju. Każda wytargowana rzecz, nawet breloczek urastała do rangi trofeum! Nakupili oni tego tyle, że następnego dnia wysłaliśmy do brata naszego znajomego, który mieszka w Marakeshu, a więc naszej ostatniej stacji w Maroku. Widok Jurka z wojskowym worem na plecach był w zasadzie zabawny..

Wieczorem ogołociliśmy z jedzenia pół mediny zachwycając się różnorodnością smaków- ślimaki, kanapki z mięsem, naturalne jogurty, milk shake o smaku avocado? mniam!

2013-04-04 at 01-24-014.04 Pewne miasta są skomplikowane, pewne drogi nudne, czasem psuje się pogoda. Rzadko jednak te trzy zjawiska zdarzają się jednego dnia. Już w Fezie złapał nas pierwszy (z naciskiem na pierwszy) deszcz i do tego nie sposób było się wydostać z tego miasta.

Podejście nr  1) Pociąg. 15 km jeżdżenia tam i z powrotem, żeby dowiedzieć się, że do pociągu roweru nie upchniemy. (więcej informacji dla zainteresowanych na maila)
Podejście nr 2) Autobus. Znów ten sam problem- 5 rowerów plus nie przegubowy tandem.
Podejście nr 3) Busik. Udało się! Pojazd nieprzystosowany do przewozu osób (rowerów też nie). Ekipa usadowiona na podłodze martwiła się o to, że w ich odczuciu kierowca pędzi z zawrotną prędkością i chce nas zabić. Ja siedziałam z przodu i bałam się o to, ze samochód zacznie się staczać do tyłu bo maksymalna prędkość jaką osiągał pod górkę to 30 km/h.
Kierowca był niejęzyczny, tzn mówił tylko po arabsku. Okazało się, że specjalnie takiego nam dano, żebyśmy przypadkiem nie mogli się z nim dogadać. Jegomość Pan Kierowca chciał nas zawieźć do miasta Taza, a my wszak umawialiśmy się na dowóz do jaskini Friouato. Dopłaciliśmy w końcu, żeby przejechać najparszywsze 25 km podjazdu w deszczu.

Na miejscu już lało jak z cebra. Pracownicy jaskini i robotnicy kładący asfalt nieopodal spali w niewielkim barze na materacach. Nam pozwolili ogrzać się w środku i rozbić namioty na wybetonowanym tarasie tegoż budynku.

Okazuje się, że speleolog eksplorer to w Maroku płatne zajęcie, a związek speleo przyjmuje w swoje szeregi również kobiety, nawet jeśli chętnych niewiast jest niezwykle mało. Nawiązaliśmy z przewodnikiem Jambo interesującą rozmowę o wykopaliskach, postępach, o tym jak speleo radzą sobie w Polsce.

2013-04-05 at 00-57-25Kiedy następnego dnia 5.04 schodziliśmy olbrzymią dziurą po 520 schodkach do dołu byłam pewna, że potraktują nas jak każdego turystę odwiedzającego tę najgłębszą jaskinię w Afryce Północnej.

Przeciskaliśmy się zmarznięci, w sandałach (obuwie doradzone przez Jambo) przez ciasne przejścia, w których w dalszym ciągu były schody wykute w skale. Jurek radził sobie świetnie mimo, że podłoże było nierówne i śliskie i nawet widzący musiał być cały czas w gotowości. Nacieki były rzadkie, ale piękne i ogromne. Wielkie płetwy, polewa kalcytowa, tarasy oblane białą, świecącą mazią. Nad basenami rzucone były deski prowadzące nad wodą do dalszej części podziemnych korytarzy.

W końcu przyszedł moment, gdzie się rozdzieliliśmy. Teren stawał się trudny, Jurek, Sylwia i Kefas zostali więc w połowie jaskini a reszta poszła dalej zostawiając dolne części garderoby. Szliśmy w majtkach, bo wody miało być po uda a my nie mieliśmy więcej rzeczy na przebranie. Wydaje mi się, że to w tamtym właśnie miejscu kończy się część turystyczna jaskini a zaczęła się ta wciąż eksplorowana. Było dużo błota, były prożki, które w Polszy przechodzi się obowiązkowo z użyciem asekuracji… Były podejścia i błotne prożki, na których nie sposób się utrzymać, zatrzymać lub po nich wejść. W końcu przekonała się o tym Paulina, która próbując przejść taki błotny prożek pośliznęła się i wpadła po piersi do wody. Zwierzak ruszył jej z pomocą również zsuwając się do basenu, ale uratowało go wczepianie się pazurami w błoto. Połamał wszystkie, ale za to nie utopił swojego pięknego aparatu. Na tym jeszcze nie koniec! Młody usiadł sobie na piętach i próbował osunąć się lekko, żeby opłukać łapki. Jak pozostali zjechał szybko do wody i równie szybko z niej wyskakiwał. Wyglądał trochę jak kot wrzucony do wanny. Ubaw po pachy. Jammal (vel. Jambo) zaprowadził nas do drugiego korytarza, którym teoretycznie można było obejść fragment mokry, ale Paulina zaliczyła upadek próbując wdrapać się na jeden z tych prożków a ja zobaczywszy niezabezpieczony, błotny, stromy zjazd stanowczo zaprotestowałam dalszemu zwiedzaniu. To się robiło niebezpieczne.. gdybym tylko miała kawałek liny…. zrezygnowaliśmy będąc jakieś 10m przed końcem odkrytych korytarzy jaskini wiatrów- jaskini Friouato.

W Tazie dość niechętnie pochodzi do turystów. Powszechnie uważa się, że turyści przynoszą kłopoty, w związku z czym właściciel tarasu wyprosił nas wysyłając do ?schroniska?, którym okazała się być betonowa dobudówka bez okien, ale za to z kominkiem, który dymem pluł do środka.

Suszyliśmy się przy kominku w drugiej izbie usiłując choć troszkę ogrzać przemarznięte ciała. Cała chata przypominała dzieło mocno odurzonego Boba Budowniczego. Między ścianą a dachem były 30 centymetrowe luki a dach przeciekał dokładnie nad naszymi głowami.  Gospodarz budy na wyraźną prośbę dał nam ciepłą wodę, żeby się umyć. Przyniósł jedno wiadro, którym wszyscy musieliśmy się podzielić. Postanowiliśmy ruszać następnego dnia choćby miało sypać śniegiem pewni, że to tylko i wyłącznie to miejsce jest tak nieprzyjazne klimatycznie.

2013-04-06 at 00-34-346.04 Tego deszczowego poranka Kefas powitał nas radosnym i kultowym już w tej chwili ?Pierdole… Afryka…? Po przejechaniu 55 km pogoda była o niebo lepsza, ale nie tylko to się zmieniło. Kefas od początku narzekał na przepuklinę, ale mimo niej próbował jechać. Kawałek od Tazy uznał, że bardzo mu dokucza  i postanowił zawrócić do Fezu, żeby skonsultować to z lekarzem. Z nim postanowił jechać jego bączek- Sylwia, a Jurek poczuł się do odpowiedzialności zapewnienia im bezpieczeństwa.

My drałując dalej dojechaliśmy do pięknego ponad 40 km trawersu. Po drodze zatrzymała nas starsza para, która zachwycona widokiem rowerzystów obdarowała nas prowiantem na cały dzień. Pomarańczki, palmy, chlebki, jabłka…

2013-04-07 at 01-56-177.04 Po przejechaniu kilku kilometrów pięknym, cholernie stromym podjazdem Młodemu rozklekotały się widełki w rowerze. Pod sklepem mnóstwo ludzi rzuciło się z pomocą. Przynieśli smar i jedzenie ? Niesamowicie gościnna wioska, jedna z dziewczyn mówiła rewelacyjnie po angielsku.

Tego samego dnia jeszcze kilka razy skorzystaliśmy z gościnności lokalesów. Mijani po drodze obdarowali nas sporymi zapasami jedzenia, a kiedy pod sklepem rozładował się GPS, dokładnie na rozjeździe chłopak mieszkający nieopodal zaprosił nas do swojego domu na drobny poczęstunek. I znów się objedliśmy. W tym kraju możesz próbować się poczęstować będąc ?w gościach? ale nie uda Ci się to. Rzecz w tym, że ci ludzie mają naprawdę niewiele, ale istnym zaszczytem będzie dla nich ugościć przyjezdnego jak króla. Zostaliśmy zaproszeni oczywiście na noc nie mogąc niestety skorzystać ze względu na niewielki przejechany tego dnia dystans.

2013-04-08 at 06-46-138.04 Przejechaliśmy raptem 49 km, ale ponad połowa z tego to były piekielne podjazdy. Dosłownie piekielne. Najpierw przejechaliśmy zjazd i wdrapaliśmy się  na budowaną dopiero drogę. Nie dość więc, że przewyższenie było duże, to jeszcze nawierzchnię stanowiła ubita gąsienicami ziemia. Po odnalezieniu właściwej drogi  trafiliśmy na trasę, która na GPSie wyglądała jakby była płaska, na oko wyglądała jak z górki, a w rzeczywistości był to piekielny, minimalny podjazd, którego nie sposób było pokonać na wysokiej przerzutce. To było kilka godzin monotonnego pedałowania.

Na tej marokańskiej adamicy (kto zna- zrozumie) Paulina znalazła parę bezbronnych, porzuconych szczeniąt. Wokół nie było domów, one leżały przy drodze palone afrykańskim słońcem. Nie wiem na ile im pomogliśmy zalewając skruszony chleb wodą, ale rzuciły się na niego tak desperacko i łapczywie, że nawet największemu twardzielowi zmiękłoby serce. Nie dało się zabrać stworzonek ze sobą, pozostaje więc tylko mieć nadzieję, że nie zmarły z głodu.

2013-04-09 at 00-10-289.04 ZDYN BUM BACH! Czyli papier, kamień, nożyce, ale po kolei.
ponad 75km na koncie, kilka podjazdów i cudny, kilkunastokilometrowy zjazd po olbrzymim płaskowyżu. Ładnie tam było, bardzo malowniczo. Zrobiliśmy sobie tam kilka radosnych zdjęć- takich poodskakiwanych.

Dojechaliśmy do miejscowości Boulemane, w której przejedliśmy się pasibrzuchy wstrętne, a próbując odnaleźć dalszą drogę przypadkowo spytany człowiek zaprosił nas do swojego domu na noc. Młody próbował chwilę wcześniej z nim rozmawiać, ale zrozumiał mniej więcej ?dom, droga, noc?.

Nasz gospodarz Abdelhak okazał się przesympatycznym typem pracującym w stacji meteo kilka km dalej. Dzieciaki miał bardzo otwarte. Cała trójka latorośli podchodziła otwarcie dając dam buzi w lica jako gościom w ich domu. (a polskie dzieci uciekają w popłochu pod stół). Dzieci Abdelhaka i Fatimy uczestniczyły przez cały wieczór w trudnych, wielojęzycznych rozmowach.  Najmłodszy stał się moim ulubieńcem bo nie mogąc się porozumieć ani słowem przebawiliśmy cały wieczór  między innymi w zdyn bum bach (fonetycznie) i żetony z anime. ?

2013-04-10 at 08-05-3910.04 Wyjechaliśmy na przeszło 1740mnpm, odwiedziliśmy Abdelhaka w jego stacji meteo, ten obdarował mnie plastikową parą koni przytwierdzoną śrubkami do plastykowej platformy, Młody dostał słomkowy kapelusz, z którym już się nie rozstawał, Michał dostał pleciony pas dowódcy (najładniejsza z rzeczy), a Paulina szklaną cukierniczkę.  Młody znalazł czystą koszulkę, którą mogliśmy mu oddać,  poczym ruszyliśmy dalej drogą, która wszystkim dała w kość, a mi najbardziej. Cały czas wiało w twarz, a wokół krajobraz był tak monotonny, że rzygać się chce. Ostatnie 5km walki Zwierzak pomagał mi jechać tworząc przede mną tunel powietrzny i z całą wdzięcznością przyznaję, że dużo mi to dało.

Każdego dopada kryzysowy dzień.  Mnie dodatkowo obtarło dupkę tak, że następnego dnia postanowiłam odpuścić sobie, złapać stopa i mieć cały system w poważaniu.

2013-04-11 at 00-52-1011.04 Miśki pojechały, ja się opalałam.Ruszyłam z dużym opóźnieniem, ale w sumie rozjeździłam się i miałam zamiar kontynuować jeszcze dalej, ale po przejechaniu przeszło 30stu kilometrów pozdrowił mnie pewien dystyngowany pan. Pojechał kawałek dalej i znów zaczepiał. Był bardzo zdziwiony i zaniepokojony faktem, że jadę sama, rowerem? że jak to? Sport i kobieta? Wytłumaczyłam mu, że tego dnia chcę przejechać jeszcze trochę i złapać jakiegoś vana, żeby dogonić resztę. Geolog zaproponował podrzucenie. Dobrze z oczu patrzyło, że zdecydowałam się jechać z nim autem. W planie było tylko nadrobienie trasy, ale pan wziął sobie za punkt honoru dowiezienie mnie do Rich, co też uczynił. Paulina cały czas jechała z mocno doskwierającym już zapaleniem Achillesa.

W Rich tamtego dnia wydarzyło się dużo. Przede wszystkim okazało się, ze adres domu, do którego chce się trafić to nie wszystko. Za wcześnie z resztą było na goszczenie się u tubylców, więc pojeździłam, pozwiedzałam, przebiłam koło i ku zdziwieniu kilkunastu chłopa zmieniłam sobie sama dętkę tuż przed warsztatem rowerowym ?

U zaprzyjaźnionej rodziny spotkałam się z czymś dla mnie nowym, otóż babcia- pani domu bez cienia zakłopotania wparowała za mną do łazienki, gotowa wyszorować mi plecy. Cóż miałam zrobić- pozwoliłam ? potem kazała (KAZAŁA) mi wyprać sobie rzeczy, pokazała nawet jak to robić uznając, że moja metoda jest niewystarczająco dobra ?

Paulinkę potraktowała podobnie, tylko nieco bardziej kompleksowo ją wyszorowała (ale nie przesadnie kompleksowo 😉 )

Do domu zaproszono też przyjaciela rodziny Hmada, który z czasem został przez nas ochrzczony imieniem Adam (po kilkudziesięciu zapytaniach ?pamiętacie jak on ma na imię?? nowe imię przyniosło nam ulgę).

Adam świetnie posługiwał się angielskim i tłumaczył między stronami.
Michał gościł u nich drugi już raz, ostatnim razem został przypadkiem zaproszony na ich wesele. Cała reszta po raz pierwszy doświadczała ich uprzejmości.

Potem był suty poczęstunek, potem jeszcze jeden, potem pochód po mieście (chwalono się nami miastu). Wróciliśmy do domu padając już na nasze szlachetne pyszczki, a tu jeszcze atrakcji nie koniec!

Ubrano nas w odświętne, weselne ciuszki a Fatima zrobiła mi i Paulinie fajną hennę na dłoniach i paznokciach? z paznokci wciąż zejść nie chce ? Mnie ubrano w brązową kieckę a Paulinę w pomarańczowo czerwoną. Ja wyglądałam jak wiedźma, której kryształową kulę zabrano, Paulina jak z baśni tysiąca i jednej nocy ? Mimo skrajnego zmęczenia bawiliśmy się przednie!

Michał ubrany był w szerokie coś co rozłożone na kanapie sprawiało, ze wyglądał jak wyprasowany wielkim żelazkiem, a Młodemu to po prostu PA-SO-WA-ŁO ? Dostaliśmy wtedy imiona. Ja zostałam Fatimą, Paulina Hadiżą, Młody Mohammedem a Michał Hassanem.

Położono nas osobno dziewczynki, osobno chłopcy- wszak żadna zamężna.

2013-04-12 at 03-51-1912.04 Między jedzeniem, zwiedzaniem, jedzeniem, jedzeniem i jeszcze jedzeniem zleciało nam do 16stej. Przejechaliśmy kawałek po czym zostawiłam resztę z tyłu. Paulinie wysiadł Achilles, a Michał poczuł się obowiązku zadbać o nią. Złapali stopa i pojechali do Errachidii. Tam spotkaliśmy się wieczorem i razem pojechaliśmy do Campingu Blue Mezqui.
Bardzo szybko bo w kilka minut zaprzyjaźniliśmy się z pewnym Mohamedem pracującym w sklepie z pamiątkami i tej samej jeszcze nocy zaliczyliśmy dziką imprezę z jeszcze dzikszymi dźwiękami bębnów w tle. Kemping był piękny- palmy, piasek, basen, Kazba niedaleko.. Mały raj na środku pustkowia. Niestety Mohammed się zakochał. Niestety we mnie. Niestety na zabój.


13.04
Wizja powrotu do domu zaczęła rzucać cień przygnębienia ale nie na długo. Trzeba się delektować wyjazdem, pobytem, drogą, faktem!

2013-04-12 at 12-22-19Z rana dostaliśmy od Mohammeda śniadanie. Skromne, ale przecież liczy się gest.
Obok nas rozbity był Marokańczyk zwany Loco di Marocco, który na swoim kiepskim rowerze, ze swoją ogromną, ciężką przyczepką z całym dobytkiem przemierzał kraj, a zaznaczyć należy, że ów Loco był niepełnosprawny. Miał niedowład dolnych kończyn! Spytałam go czy jest Berberem czy Arabem. Powiedział, że dla niego ważny jest tylko rower. Kwestie religii go nie obchodzą. Wręczył nam po garści suszonych daktyli i pojechał.

Zwiedziliśmy Kazbę- kilkusetletnią ruinę miasta. Jak na miasto- szybko się rozpadło, jak na ruinę- świetnie się zachowało. Kazba była usytuowana na płaskim, jałowym terenie, ale tuż pod nią w kilkusetmetrowej wyrwie bujnie rosły palmy, płynęła woda a miejscowi mieli swoje nawadniane działeczki, na których uprawiali roślinki.

Po południu sialiśmy zgorszenie i zaciekawienie kąpiąc się w basenie. My- kobiety. My- w strojach kąpielowych. My- pokazujące ciała. Wreszcie my- pływające z facetami. Ich spojrzenia były bardzo niewygodne, ale zniosłyśmy je z podniesionymi głowami.

Mohammed nie opuszczał nas na dłużej, niż godzinę. Opowiadał niezwykłe historie o swoim pochodzeniu, że z pustyni, że z Senegalu, że chłopak, który z nim pracuje nie ma rodziców i on go jak brata traktuje, że ten sklep należy do niego? wszystko zweryfikowało się ostatniego dnia, kiedy do sklepu przyjechał jego ojciec ? Mohammed bardzo barwnie opowiadał historie trenowane na setce turystów, czasem jednak gubił się w swoich bajkach. Ach! Mohammed postawił sobie za cel zaciągnięcie mnie do łóżka. Powiedział mi o tym wprost korzystając z tego, że tylko ja i on mówimy po hiszpańsku. Dostał odpowiedź ?NIE? na milion sposobów łącznie z krzyczeniem i tupaniem nóżką, ale nie odpuścił o czym dowiedziałam się kilka dni później. Kiedy Paulina uznała, że jesteśmy wystarczająco daleko, żebym nie mogła wrócić i ubić Mohammedka przyznała się, że kiedy nie udawało mu się mnie przekonać błagał ją o to, żeby ? i to pozostanie moją słodką tajemnicą.Miała rację czekając aż się oddalimy?  Na koniec wypadało kupić pamiątki u Mohammeda. Skasował nas naprawdę słono za wybrane rzeczy a przecież jak mięliśmy się targować z nim, który nam jedzenie przez 2 dni przynosił herbatki, imprezy robił takie, że długo je zapamiętamy?. A niech zarobi?

2013-04-14 at 00-21-2214.04 pojechaliśmy do Merzougi. Po przejechaniu 120 km przesiedliśmy się z rowerów na śmierdziuchy, czyli wielbłądy. Tego dnia temperatura dała się odczuć. Przed Errisani zjechałam na chwilę na bok drogi bo mnie zemdliło przeokropnie. Po chwili dojechały do mnie zwierzaki potwierdzając, że to reakcja na upały. Paulinie Achilles doskwierał na tyle, że Zwierzak ciągnął ją swoim rowerem przez kilka kilometrów korzystając z ekspanderów.
Spędzenie nocy na pustyni było bardzo przyjemne, atrakcji dostarczało patrzenie w gwiazdy, a nad ranem poszliśmy na diunę czekać na spektakularny wschód słońca, który nigdy nie nadszedł. Sama pustynia robi wrażenie. Nieskończony piasek, pełne życia wbrew pozorom diuny, te śmierdziuchy z uroczymi pyskami i równie cudownymi kopytami.. Wydawałoby się, że wielbłądy poruszają się bardzo wolno, ale tak naprawdę idą szybkim ludzkim krokiem. Piasek jest delikatny i niemalże pomarańczowy. Nagrzany po całym dniu na słońcu delikatnie grzeje stopy. Diuny są nadzwyczaj wysokie. Zawsze myślałam, że stopa zapada się głęboko w piasku, ale w rzeczywistości ten piasek jest tak twardo ubity, że stopa znika 3 cm niżej i napotyka na twardą skorupę. Również tutaj nasz  pobyt się przedłużył ze względu na niedopatrzenie komunikacyjne.

2013-04-15 at 07-06-26W Merzudze był z nami Adam. Zaprowadził nas 15.04 do kilku interesujących miejsc jak jezioro, nad którym urzędują flamingi, lub wioska Pustynnych Gołębi- potomków Senegalskich niewolników.

Mieszkańcy wioski utrzymują się grania i śpiewania. Podróżują po całym świecie, jadą tam, gdzie mają zaproszenie (i pewnie bilet).  Przeważnie grają dla turystów, ale akurat mieli 3dniową żałobę po śmierci członka rodziny i nie mogli. Wioska natomiast bardzo ładna, taka prawdziwie afrykańska.  Ich przodkowie zostali sprowadzeni do Maroka jako niewolnicy i wyzwoleni zostali około 50 lat temu.

W Merzudze większość ludzi mówi po hiszpańsku w związku z czym komunikacja jeszcze nigdy nie była tak łatwa w tym Kraju.

2013-04-16 at 07-21-4916.04 Następnego dnia autobusem przedostaliśmy się na Tizin Tichka, gdzie zanocowaliśmy po 9ciogodzinnej podróży autobusem.

Tu ciekawostka. Jadąc marokańskim autobusem trzeba podejść do kierowcy i wyraźnie powiedzieć, że potrzebuje się wyjść za potrzebą. On zatrzyma się na przystanku dłużej i poczeka na powrót. Przeważnie w takich chwilach pół autobusu rzuca się do wyjścia korzystając z okazji, a kierowca trąbi, żeby zwołać pasażerów.

17.04 Z przełęczy czekał nas piękny, stukilometrowy zjazd do samego Marrakeszu. Ja puściłam się ciągnięta grawitacją, a Michał z Pauliną zatrzymywali się gdzieniegdzie uwieczniając te piękne tereny. Na jednym z tych pięknych zakrętów złapałam pobocze i naprawdę do teraz nie wiem jak udało mi się uniknąć wypadnięcia przez barierkę i wypróbowania ślicznego, nowego kasku na olbrzymiej skarpie. Podejrzewam, że niewiele by ze mnie zostało.

2013-04-17 at 03-37-51Dojechałam do rozwidlenia przed Marrakeszem, dodzwoniłam się do reszty i przypomniałam sobie, że przecież mieliśmy się zatrzymywać u jakichś zaprzyjaźnionych tubylców jakieś 20ścia km przed miastem. Za nic nie chciało mi się wracać, więc pojechałam sama dalej. Mieliśmy zdzwonić się następnego dnia i kontynuować podróż razem, ale wyszło nieco inaczej. Na  dworcu autobusowym poznałam polaków z grupy rowerowej trójmiasto, z którymi spędziłam następne 2 dni.

18.04 Z grupą nie udało się skontaktować, ponieważ smsy między polskimi numerami w Maroku nie docierają. Ja spędziłam cały dzień na odwiedzaniu tak dobrze znanego mi miejsca. I pokazując je grupie trójmiejskiej.

19.04 Dojechałam do Sidi Kaouki, gdzie od tygodnia surfowała grupa w składzie: Sylwia, Kefas i Jurek, który zaskoczył wszystkich niespodziewanym ścięciem włosów kiepskimi nożyczkami od tak, od ręki. Ot było mu gorąco i dzięki temu wygląda teraz o nieba lepiej!

2013-04-19 at 05-19-1020-23.04 To dnie spędzonena surfowaniu, opalaniu się i kupowaniu pamiątek za resztę kasy. To, co zapadnie w pamięci z tych ostatnich dni to na pewno zjedzenie baraniego łba w Marrakeszu, skóry dzikich zwierząt wystawione na sprzedaż w Medinie (w tym skóra krokodyla i potężnego węża),  Momo poznany w Essaouirze, z którym poszłam do lokalnego baru tylko dla mężczyzn, zrobionego w starym więzieniu, oraz grupowe wyjście do portu późną nocą.
Potem wielkie pakowanie się, długi lot, wielkie rozpakowywanie?

Lot powrotny był dłuższy, ale lżejszy ze względu na niewielką ilość drących gęby mocno nieletnich. Na pokładzie samolotu poznaliśmy przemiłego Stewarta z  Polski- Mateusza, który okazał się być niezwykle pomocny. Mateusz zabrał Zwierza do auta, w którym jak się okazało wysiadł akumulator. Chłopaki z braku klamer przekładali akumulator z  auta do auta. Udało się. Bezpiecznie wróciliśmy do Krakowa.  Do domu.  Do rzeczywistości.