Gruzja na dwóch kółkach.

Nie tylko Jerzy Płonka nie widzi przeszkod💪
Nowe wyzwania?
My także – Nie widzimy przeszkód!!!

Wyruszamy do pięknej Gruzji na wyprawę rowerową. Jak na małżeństwo przystało- na …tandemie! Pomysł szalony, przed nami 500 km od Imetrii, przez Adżarię i pasmo Borjomi ponad 2000 npm. Rower spakowany, jedziemy właśnie do Wawy skąd mamy odlot…ciekawe co powiedzą jak na odprawie zobaczą ten “pakuneczek”. Trzymajcie kciuki!!! W miare możliwości będziemy na bieżąco opowiadać co tam u nas:)

Poniedziałek nawet w Gruzji może być beznadziejny… Najpierw okazało się, że hostel, w którym mieliśmy rezerwację i obietnicę przechowania naszego kartonu na rower do dnia powrotu… po prostu nie istnieje… na miejscu stała jakaś stodoła i łaziły kury, żywej duszy brak. Jak już ogarnęliśmy ten problem oferując djengi panu taksówkarzowi, pojawił się kolejny problem. W trasie … odpadł nam pedał, jak wrócić bez pedała? w końcu trafiliśmy do machera samochodowego, który coś tam dospawał, coś urżnął i jakoś prowizorycznie pedał zamocował (znaczy z tą prowizorką to na razie setkę zrobiliśmy). 
Potem zaczęło wiać i lunęło. I lało, lało, lało… Po przejechaniu połowy tego co było w planie, musieliśmy się poddać i rozłożyć obóz. W strugach deszczu, przemoczeni do cna zasypialiśmy pełni poczucia beznadziei. Na szczęście, dzisiejszy dzień obudził nas słoneczkiem. Dojechaliśmy do morza, potem do Batumi. Jest pięknie! Karmią nas tu dobrze, nogi jutro odpoczną, bo robimy dzień buforowy na zwiedzanie;) buziaki i trzymajcie kciuki!

BACH! było już o tym jak dostaliśmy od Gruzji po mordzie? bo na miejscu okazało się jak naiwni byliśmy wierząc, że tak przełom marzec/ kwiecień to już wiosna. No na nizinach to owszem. Ale na przełęczy Goderzi bagatela 2 tys npm to śnieg zalega taką warstwą że nie przejedziesz. Zresztą tam po prostu droga się w pewnym miejscu kończy, dalej jest taka polna ścieźka… na szczęście dowiedzieliśmy o tym zawczasu, bo podjazd to 50 km ciągłego pedałowania pod górę…

obraliśmy zatem drogę powrotną mniej spektakulartną przez mniejsze górki, które mnie wszelakoż, jako cięzarnej przez Jerzego zwaną też “kangurzycą”, dały się też we znaki. Najgorszy był dzień w którym przejechaliśmy ponad 80 km (mi też przed tym wyjazdem wydawało się, że co to jest- tylko ten rower i nasze sakwy były masakrycznie ciężkie- to zupełnie inna jazda), po zmroku udało się nam dotrzeć do celu- Vani, miasteczka, które wg niektórych badaczy miało być celem mitycznej wyprawy Jazona i Argonautów. Na miejscu- pierwsze rozczarowanie- brak restauracji. A tak liczyliśmy na coś ciepłego do jedzenia. życzliwy miejscowy wskazał nam coś w rodzaju budy z chaczapuri. Chaczapuri niestety już też tam nie było. Musieliśmy jednakowoż wyglądać wyjątkowo żałośnie, bo zaoferowali nam pizzę, po której składniki pani z budki po prostu poszła do sklepuspożywczego obok. Dzięki temu odkryliśmy smak gruzińsko-italijskiego fusion, czyli pizzy z czymś w rodzaju paskudnej mortadeli z tanim majonezem i tradycyjnym serem sulguni. Nam jednak smakowała niczym ambrozja.

kolejny problem dotyczył miejsca rozbicia namiotu- po zmroku ciężko znaleźć dogodne miejsce. miejscowi uradzili że najlepiej nam będzie rozbić się pod muzeum archeologicznym. Nam ta myśl była w smak o tyle, że nie oznaczała koniec pedałowania na dziś. Oczami wyobraźni już widziałam zielony skwerek w centrum miasta, przed drzwiami muzeum, które z samego rana moglibyśmy odwiedzić. Ha, tylko to Gruzja, tam nic nie jest takie jak sobie wyobrażasz. Muzeum znajdowało się nie w centrum ale na górce, do której musieliśmy jeszcze dobrą chwilę podjeżdżać. A na miejscu, okazało się, że wszędzie stoją koparki i walce, wszystko jest rozkopane a muzeum zionie pustką. Remont. Zdesperowani ruszyliśmy na skwerek obok czyjegoś domu, i zaczęliśmy rozbijać Palatkę. Właściciel posesji zaniepokoił się nieco chyba, bo wyszedł do nas w piżamce świecąc latarką, ale chyba zrozumiał trudne położenie i rano nawet poczęstował nas kawą. Noc ta należała też do najzimniejszych, rano na namiocie mieliśmy lód a dookoła wszędzie szron na trawce.

Na szczęście następnego dnia już dotarliśmy do Kutaisi. Tu kolejne zaskoczenie bo zarezerwowaliśmy sobie na bookingu hostel- no w Batumi np hostel oznaczał po prostu nocleg zgodny z naszymi zachodnioeuropejskimi oczekiwaniami. A tu? Okazała się, że gruziński hostel oznacza po prostu dom w którym czeka na Ciebie dużo wina, dużo czaczy (wszystko domowej roboty), domowe obiadki, dużo serdeczności… Rafał musiał odchorować swoje, jak wieczorem gospodarze go wzięli w obroty:)

Rafał Wójcik
Ania Baran-Wójcik

Zdjęcie użytkownika Nie widzę przeszkód.
Zdjęcie użytkownika Nie widzę przeszkód.
Zdjęcie użytkownika Nie widzę przeszkód.
Zdjęcie użytkownika Nie widzę przeszkód.
+7
Odbiorcy: 813