Islandia – Hvannadalshnukur 2109,6 m npm. Euro Summits Adventure’2017 START!

24 maja 2017 roku zdobyliśmy najwyższy szczyt Islandii – Hvannadalshnukur 2 109,6 m npm. To pierwszy w tym roku i za razem 43 szczyt na drodze do zdobycia Korony Europy. Do końca zostało tylko 4!

Powrót do projektu nie byłby możliwy, gdyby nie nowi przyjaciele, którzy we mnie uwierzyli – PUH Pilot​ i Marta Boguszewska​, Bieg Rzeźnika​, Compass PR​, Garmin Polska​, Hotele Diament​, Mostostal Zabrze i Fundacja PGE, Krzysztof Starnawski​ oraz Ci starzy przyjaciele – na pomoc których zawsze mogę liczyć.
Szczególnie dziękuję Pomoc to Moc – społeczna odpowiedzialność PZU​ za to, że od sześciu lat dbają o nasze bezpieczeństwo.

(…)

Wyjazd na Islandię tak naprawdę zaczął się dużo wcześniej niż start samolotu 22 maja 2017r o 17:10. Przygotowania to część nudna, ale bardzo ważna. Zwłaszcza, jeżeli szczyt który chcemy zdobyć jest tak trudny i niebezpieczny. A Hvannadalshnúkur zdecydowanie do takich należy. Dlaczego?…

Hvannadalshnúkur leży niedaleko południowo-wschodniego wybrzeża Islandii, które widać ze szczytu, jeżeli tylko chmury „pozwolą”. Ma 2109,6 m wysokości. Patrząc na pozostałe szczyty korony Europy, wysokość nie powala na kolana. Chyba że zaczynamy z poziomu morza – to już co innego… Nasz cel jest pozostałością po aktywnym wulkanie o równie trudnej nazwie Oræfajökull. Otoczony jest lodowcem Vatnajökull o powierzchni 8100 km² i grubości dochodzącej do 1 km, co czyni go największym lodowcem w Europie.

Jeżeli wiemy już co nas czeka, zdeterminowani bardziej niż kiedykolwiek (zwłaszcza, że to już drugie podejście) zapinamy pasy, a samolot odrywa się od ziemi. Siedzi tam już cała ekipa – Michał Mysza, Jerzy Płonka, Katarzyna Bąk, Paweł Gluza, Karolina Gurgul i Jakub Mitka. Po czterech godzinach męczącego lotu docieramy na lotnisko w Keflavik. Łapiemy w płuca haustami świeże, pachnące, islandzkie powietrze. Ładujemy do dwóch wynajętych samochodów ogromny bagaż (który przeżył długą historię „przepaków” na lotnisku, wynoszenia z luku bagażowego samolotu i innych perypetii) i ruszamy w stronę Reykjavik z tajemniczym Białym Królikiem na pokładzie. Zadowolonego Królika, od którego dowiedzieliśmy się co nieco na temat Islandii (zwłaszcza interesował nas temat gorących źródeł) zostawiliśmy na stacji benzynowej, gdzie zakupiliśmy butle z gazem. Teraz już tylko na wschód.

Fot. Michał Mysza

Rozbiliśmy się w pięknych okolicznościach przyrody, których na Islandii zdecydowanie nie brakuje. Rano z powrotem do auta – przed nami 350 km do celu. Niestety Islandia kusi. Widokami kusiła nasze aparaty, miękkim mchem nasze dłonie, skomplikowanymi formami terenu naszą ciekawość. Szybki spacer pod jednym wodospadem, nad drugim, wszędzie zdjęcia, choć planowo mieliśmy jechać pod górę i koczować dopóki nas nie wpuści. Przez całą drogę martwiła nas pogoda, która na Islandii szybko się zmienia. Krajowa prognoza zapowiadała „okno” w trakcie ataku – tylko 10 km/h wiatru, słonecznie i bez opadów na każdej wysokości, jedyny taki dzień w najbliższym czasie – jednak Góra okazała się nam przychylna.

Po godzinach jazdy zza potężnego masywu skał wynurzył się nasz cel – lodowiec prowadzący na szczyt. Sam szczyt wciąż zasnuwały chmury. Zatrzymaliśmy się w barze pod górą i porządnie najedliśmy. Namioty postawiliśmy obok wyjścia na szlak. Na szczyt prowadziły dwie trasy, nasz wariant był dłuższy i bardziej wymagający. Sprawdzenie sprzętu, kolacja i spać.

Pobudka, szybkie śniadanie, chociaż nikt już nie myślał o jedzeniu. Znów sprawdzenie sprzętu, pakowanie i o 5 rano jazda. Najpierw marsz po kamienistym zboczu, pierwszy stop przy malowniczym strumieniu, żeby uzupełnić wodę. Widoki zapierały dech w piersiach, nawet na chwile nie dało się schować aparatu. Tylko chmury dookoła niepokoiły. Po dojściu do linii śniegu związani ruszyliśmy w szyku. Michał jako kierownik wyprawy, jego trudnym zadaniem było szukanie drogi między szczelinami. Za nim Jurek, który bardziej polega na słuchu i odczuciach związanych z napięciem liny, więc najszybciej wyłapałby lecącego Michała. Za nim ja, krzyczałam do Jurka instrukcje, kiedy schodził ze śladów Michała, potem Paweł, Karolina i na końcu Kuba – ekipa Outway.org, obciążeni nie tylko sprzętem górskim, ale też fotograficznym, dokumentowali całą akcję.

W tym momencie zza chmur zaczęło wychodzić słońce, co nas bardzo pokrzepiło. Równym tempem pod górę przed siebie, czasem przystawaliśmy, gdy Michał badał ostrożnie teren pod nogami, wycofywał się i szukał innej drogi. Miał w pamięci widok podziurawionego jak sito lodowca sprzed roku, gdzie szczeliny tworzyły prawdziwy labirynt. Ciężko sobie wyobrazić jak trudne jest poruszanie się po lodowcu. Mimo, że większość szczelin zasypana była śniegiem, nigdy nie ma pewności, na ile są zasypane, jaki ciężar śnieg utrzyma, czy ściany są proste czy mają kształt dzwonu, czy właśnie teraz pod stopami tylko metr śniegu i 50 lub 500 metrów przepaści. Zresztą to już akurat nie robi różnicy. Czasem słychać było odgłos pękania gdzieś pod nami, poza tym cisza. Odgłosy kroków, szelest ubrania, bicie serca, szum krwi w uszach i bardzo „głośna cisza”.

Krok za krokiem wśród bieli, nad głowami słońce smażące nas jak na wielkiej, oślepiająco białej patelni. Horyzont czasem zasłaniały chmury, czasem pozwalały cieszyć oczy nieziemskimi widokami. Ośnieżone skały, błękitne jęzory lodu, szerokie szczeliny gdzieś w oddali. Nawet nie wiadomo jak daleko, bo brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. To jest w odległości jednego czy pięciu kilometrów? Ciśnienie było bardzo niskie, szliśmy zaspani, ale mieliśmy nadzieje, że nie nadejdzie wyż i nie podniesie chmur na naszą wysokość.

Na niebie pojawiło się halo – tęczowy pierścień wokół słońca – zapowiadało zmianę pogody. Pytanie tylko, w którym momencie i czy zdążymy. W tyle zaczęły formować się gęstsze chmury, które bardzo powoli posuwały się w naszym kierunku. W pewnym momencie spotkaliśmy grupę idącą z naprzeciwka – 5 mężczyzn. Jednak się Michałowi nie wydawało, że widział ludzi. Jednym z nich był przewodnik z firmy organizującej wycieczki na szczyt. Po chwili rozmowy wiedzieliśmy, że czeka nas kilka widocznych szczelin, nad którymi trzeba będzie przejść, ale najważniejsze – szlak był przetarty, co oszczędziło nam sporo czasu.

W końcu wspięliśmy się na plato. Przed nami widać było szczyt. Ile do niego? Ze dwa kilometry? Okazało się trochę więcej. Stanęliśmy pod nim. Nunatak – skała wystająca ponad lodowiec, a dla nas – szczyt. Przypominał trochę leżącą fokę. Jakieś 300m przewyższenia – jak poinformował nas Michał patrząc na GPS. Wpakowaliśmy w siebie cukru ile się dało, napiliśmy się i w drogę. To by trudny etap, przekraczaliśmy sporo szczelin. Wyobraź sobie, że z zamkniętymi oczami przechodzisz nad dziurą w ziemi prowadzony przez instrukcje kumpla.
Odważysz się?

Jeszcze kilka kroków, jeszcze metr, jeszcze zrób krok. Dobra, teraz sprawdź kijkiem gdzie ona jest. Wbij kij dalej, ok, teraz postaw stopę za kijem…

 

Szczelina za szczeliną, czasem tak blisko siebie, że nową przekraczał Michał, a przy poprzedniej już stał Jurek. Mieliśmy szczęście bo te wielkie były przysypane mostami śnieżnymi które były całkiem twarde i udało się przejść wszystkim. Jeszcze trawers stromego zbocza, ostro pod górę i… Jesteśmy!

Michał, która jest? -14:40, udało nam się! Brawo Juras!

Chwila radości, aparaty w ruch. Złapać jak najwięcej w tak krótkim czasie to nie lada wyzwanie dla fotografa. Widok oceanu odsłonięty przez chmury. Poszarpane szczyty poniżej. To przed nami. A za naszymi plecami granatowe chmury. Świętować będziemy na dole, szybkie w tył zwrot. Schodziliśmy prawie biegiem, byle minąć szczeliny i zejść na plato. Szybkie tempo, stromizna i dużo szczelin to nie jest dobre połączenie, ale udało nam się. Jak tylko postawiliśmy stopy na lodowej płaszczyźnie, zaczął padać śnieg. Świat stał się biały. Jak w niebie w filmie „Bruce Wszechmogący”, kiedy rozmawiał z Bogiem – tylko my i biel dookoła. Noga za nogą w nieskończoność.


Śnieg i przytłaczająca cisza. Mój mózg zaczął sam podkładać sobie dźwięki ulicy. Tak jak w Beskidach, kiedy schodzisz w dolinę i słychać auta oznaczające cywilizację i koniec trasy. Ale przed nami jeszcze kilka godzin marszu. Wszyscy byli bardzo zmęczeni i głodni, stopy krzyczały że mają dość, ale trzeba było się sprężać. Śnieg zamienił się w deszcz ze śniegiem, a pod naszymi stopami lodowiec płynął. Tam gdzie wcześniej szliśmy jak po chodniku, teraz nogi zapadały się po kolana, czasem nawet głębiej. Jeszcze zwiększyliśmy tempo. I tak już na sam dół aż do granicy z twardą i pewną skałą.

Deszcz nie odpuszczał, ale nam to już nie przeszkadzało. Usiedliśmy, zdjęliśmy sprzęt, mokrą linę do plecaka i drogą w dół do obozu. Przez piękną, czarną jak skała magmowa i zieloną jak mech Islandię.

W obozie świętowanie, i dużo, dużo, dużo… jedzenia. A potem długi zasłużony sen. Następnego dnia zbieranie się na luzie, leniwe zwiedzanie, rzeki gór lodowych, foki w oceanie, czarna plaża, fascynujące formacje skalne i gorące źródła. Gorące źródło to kamienny basenik z rozbrajająco ciepłą wodą, gdzie rozpływa się każde napięcie i rozpuszcza każdy stres. Woda faktycznie ma błękitne refleksy. W gorącym basenie spotkaliśmy parę przesympatycznych Amerykanów, którzy poczęstowali nas czymś, o czym chyba każdy z nas marzył odpoczywając w wodzie – butelką zimnego piwa. Rozmowy i dzień polarny sprawiły, ze zanim się obejrzeliśmy była czwarta rano i słońce zaczęło wschodzić, więc szybko rozbiliśmy namioty w pobliskiej malowniczej dolinie czerwonego potoku pełnej miękkiej trawy i mchu. Późna pobudka i w dalszą drogę na lotnisko. Potem samolot, cztery godziny przysypiania i lotnisko w Pyrzowicach.

Katarzyna Bąk