#SiłkaDlaNiepełnosprawnegoOsiłka

W ostatnim czasie naszego przyjaciela Marcina Ryszkę spotkała okropna sytuacja. Takim postawom mówimy zdecydowane NIE!

Wyobraź sobie, że nagle tracisz wzrok. Kilka codziennych czynności staje się nieco trudniejszych. Granie w piłkę? Ciężko sobie to w ogóle wyobrazić. Chodzenie na siłownię? W tej sytuacji chyba trzeba je porzucić, zwłaszcza, że nigdy nie było specjalnej motywacji do hantli czy sztang. Poruszanie się po mieście? Ciężka sprawa, ale w sumie jeszcze do wykonania. Tak czy inaczej – codzienne sprawy zwiększają swoją trudność o kilka ładnych poziomów.

I teraz pomyślcie sobie, że jest gość, który mimo braku wzroku potrafi:

a) grać w piłkę i reprezentować w tym kraj,
b) zdobyć mistrzostwo świata w pływaniu i kilka innych sukcesów w tej dyscyplinie,
c) regularnie oglądać mecze i się tym emocjonować,
d) ukończyć trzy kierunki studiów,
e) mieć dobrą pracę w stowarzyszeniu i na uczelnianym centrum informatyki AGH w Krakowie,
f) komentować paraolimpiadę w TVP,
g) być lepiej wysportowanym niż zdecydowana większość z nas.

Przyznacie, że to pokaźna lista osiągnięć, jak na dość mocne ograniczenia, z jakimi Marcin Ryszka, którego mogliście poznać szerzej w naszym wywiadzie (szczerze polecamy), musi się borykać. Kapitan reprezentacji Polski w blind football – jak każdy niepełnosprawny – musiał prędzej czy później natrafić na mur absurdalnych obaw rodem z Ciemnogrodu. Większość niepełnosprawnych woli swoje problemy jednak przemilczeć i specjalnie się nie wychylać, a Marcin idzie z otwartym tekstem do ludzi. I nam się to podoba.

O co dokładnie chodzi? Marcin regularnie od dziesięciu lat odwiedza siłownie. Ćwiczenie na nich nie sprawia mu żadnego problemu, nie potrzebuje żadnej eskorty, pomocnika, nic nigdy się nie wydarzyło. Gdy idzie na nową siłownię, czuje się – jak mówi – jakby wchodził do nowego sklepu. Tak jak w supermarkecie trzeba zapamiętać, gdzie są kosmetyki, a gdzie warzywa, tak na siłowni wystarczy się dowiedzieć, gdzie się robi plecy, a gdzie nogi. Jeden dzień i czujesz się jak w domu. Marcin nie miał żadnej siłowni w swoim pobliżu, więc musiał do niej kilka razy w tygodniu dojeżdżać, co z oczywistych względów było jakimś utrudnieniem. Możemy więc wyobrazić sobie jego reakcję, gdy dowiedział się, że niedaleko domu otworzyli mu nowy klub fitness. Koniec dojazdów, wyjście na siłkę kiedy tylko ma się na to ochotę, bajka.

Problem jest tylko jeden – w nowym klubie nie pozwalają mu ćwiczyć.

Tak, dobrze przeczytaliście – wypraszają niewidomego z siłowni tylko dlatego, że jest niewidomym. Powód? Na pewno spadnie mu na nogę sztanga (mimo że przez dziesięć lat nie spadła) albo zrobi sobie coś innego (mimo że nigdy sobie nic nie zrobił). Uważamy to za ogromny absurd, dlatego zdzwoniliśmy się by pogadać o tej chorej sytuacji. Od razu wyjaśniamy – nie chodzi o samego Marcina, a o to, by pokazać ludziom, że niewidomy na siłowni nie musi wcale oznaczać kataklizmu. I zaapelować – traktujcie niepełnosprawnych tak jak każdego innego.

***

– Jak tam po wczorajszym treningu? Nie spadła ci żadna sztanga na nogę?

– Wszystko w porządku. Powiem więcej, jestem teraz w drodze do pracy i mam ze sobą spakowaną torbę z rzeczami na siłkę. Mam w planie zrobić sobie po południu tlenówkę, może przebiegnę z osiem kilometrów. Idę na siłownię przy basenie AGH w Krakowie, na którą chodziłem do tej pory. Mam do niej trochę dalej, ale tu przynajmniej nikt się nie boi, że sztanga spadnie mi spadnie na nogę.

– Próbowałeś przekonywać ludzi z nowej siłowni, że normalnie dajesz sobie radę, ale jak rozumiem złoty medal mistrzostw świata w pływaniu czy obecność w reprezentacji Polski nie były wystarczającymi argumentami.

– Gdy najpierw do nich zadzwoniłem, nie było żadnego problemu. Pracownica oprowadziła mnie po całym ośrodku, powiedziała, że instruktorzy są bardzo pomocni. Sama widziała, że sprawnie się w tym poruszam, więc spisaliśmy umowę. Było OK. Poszedłem potem z dziewczyną na rynek spotkać się ze znajomymi i dostałem telefon od menedżera klubu. Pytał, czy mam jakiegoś przewodnika, opiekuna, kogoś, kto będzie ze mną przychodził, bo oni nie mają specjalnego ubezpieczenia. To jest jakieś ubezpieczenie od osób niepełnosprawnych? Jak przychodzisz na siłownię, to chyba bierzesz za to odpowiedzialność. Mówił tak jakoś na około, aż w końcu spytałem, o co mu w ogóle chodzi i czy chce rozwiązać ze mną umowę. Powiedział, że tak będzie lepiej dla mojego bezpieczeństwa. Pomyślałem sobie, że nie ma co się obrażać czy stroić fochów, bo przyzwyczaiłem się, że ludzie czasem nie mają pojęcia o takich ludziach jak my. Poprosiłem o spotkanie z właścicielem, napisałem do niego długiego maila, w którym opisałem całą sytuację, dałem link do naszego wywiadu czy innych publikacji. Właściciel nie chciał mnie obrazić, ale moje argumenty kompletnie do niego nie trafiały. Oni nie potrafili zrozumieć, że to nie jest pierwsza siłownia, do której przychodzę. Pierwszy raz na siłowni byłem w wieku 16 lat, teraz mam 26. Zgodzili się tylko na to, że mogę przychodzić z przewodnikiem. Ja normalnie pracuję, przecież nie będę prosił kogoś by chodził ze mną i zgrywał pod tę osobę grafik. To bez sensu. Mówili, że jak mi się coś stanie, to podam ich do sądu i zbankrutują.

– Na ile te obawy były uzasadnione? Miałeś kiedykolwiek sytuację, że z czymś sobie na siłowni nie poradziłeś?

– Nie. Zazwyczaj jest tak, że gdy czegoś nie wiem podchodzi do mnie instruktor i proponuje pomoc. Mnóstwo jest też – że tak powiem – ziomków z siłowni. Robię sobie serię, a on podchodzi i pyta, czy może mi pomóc założyć ciężar czy coś. Ludzie są otwarci. Kiedyś gdy wracałem do szatni podszedł do mnie chłopak i powiedział, że patrzył na mnie z boku i gdy następnym razem nie będzie mu się chciało przyjść na siłkę, to pomyśli sobie o mnie. Wiadomo, że ja ćwiczę dla siebie, ale to pokazuje, że ludzie pozytywnie odbierają to, co robisz. W wiadomościach znajomi pisali mi wczoraj, że są też inni niewidomi, którzy chodzą na siłownię. Ktoś widział kogoś w Skawinie, ktoś w Galerii Krakowskiej. Ciekaw jestem, ile zdarzyło się wypadków na siłowni z udziałem osoby niewidomej i jak to wygląda w porównaniu do osób zdrowych. Na samej siłowni nie zdarzył mi się żaden wypadek, ale miałem różne inne sytuacje. Uderzyłem się na przykład głową w ścianę na basenie, bo źle policzyłem ruchy. Innym razem wpadłem na słupek na boisku i rozwaliłem nos. Losowe sytuacje. Nie przypominam sobie, bym kogoś potem ciągał po sądach.

– Sytuacja na dziś wygląda tak: chcesz iść na tę nową siłownię, ale oni cię tam nie wpuszczają.

– Czuję się z tym zajebiście źle, ale co zrobisz – trzeba wziąć to na klatę, będę chodził na starą siłownię. Gryzłem się mega długo, czy napisać o tym post na Facebooku, bo nie lubię odwalać takich akcji. Nie lubię roszczeniowych ludzi i sam taki nie jestem. Chciałbym, by to było apelem do innych, że niepełnosprawni też mogą żyć normalnie. I do niepełnosprawnych, by nie bali się mówić o swoich problemach. Chcę byś to wyraźnie podkreślił – to nie jest tak, że ja jestem obrażony. Mnie przeraża samo podejście do tematu, bo oni nie chcieli mnie nawet słuchać. Proponowałem tydzień próbny, ale nawet nie dali szansy. Kumpel, który jest właścicielem takiego klubu we Wrocławiu powiedział mi, że gdyby do niego przyszła taka osoba jak ja, to on bym na tym zbudował swój marketing. Zawsze wiedziałem, że może być problem z odbiorem osób niewidomych na – na przykład – rozmowach o pracę. Ale w świecie sportu? Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Myślałem, że gdzie jak gdzie, ale tu zawsze jest zrozumienie. I do tej pory zawsze było.

***

Dlatego apelujemy i my – myślcie. Do restauracji też nie wpuścicie niewidomego, bo poucina sobie palce nożem? Zabronicie mu przechodzić przez jezdnię, bo na pewno wpadnie pod autobus? Nie sprzedacie zapałek, bo prawdopodobnie podpali sobie włosy, nie wpuścicie do galerii, bo przywali głową w szklaną witrynę i narobi strat?

Życie dało im już wystarczającego gonga. Nie musicie poprawiać kopniakami.