ANICA KUK 2011

Godzina 17.00, 6 maja.
Zbieramy się, już późno!
Ekipa w składzie Paulina, Paweł i Kefas przybyła z Krakowa.
Pakujemy się, odpalamy gps-a i… NIE DZIAŁA!!!! Ale co tam, skoro nie widzimy przeszkód to ruszamy z mapą w ręce i głosem Pauliny zamiast Krzysztofa Chołowczyca.
Po 12 godzinach jazdy przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację docieramy do Starego Gradu. Na miejscu spotykamy się z drugą częścią ekipy Piotrkiem, Anią i Kasia, którzy jechali przez Węgry.
Szybka kąpiel w lodowatym o tej porze roku Adriatyku. Orzeźwieni ruszamy na poszukiwania campingu. Znajdujemy fajny, cichy camping bez nazwy, ale z dostępem do kuchni.
Stawiamy namioty w cieniu pinii. Jak się potem okazuje drzewo kapie żywicą, a namioty są całe w jej lepkim soku.
Pogoda jest piękna, prognoza na najbliższy dzień rewelacyjna, trzeba to wykorzystać, ale po 24 godzinach bez snu ciężko się zebrać do jakiegokolwiek działania. Z wielkim trudem wychodzimy z campingu o 14.
Strażnicy parku pozytywnie nas zaskakują- osoba niepełnosprawna nie musi płacić za dość drogi bilet wstępu do parku.
Coś trzeba zrobić… w końcu nie przejechaliśmy tysiąca kilometrów, żeby leżeć na plaży. Na dole jest sporo krótkich dróg zaczynających się przy samym szlaku, ale skoro mamy zrobić 350 m ściany to trzeba się do tego przygotować. Wybieramy na rozgrzewkę drogę Akademicka – 180 m.
W końcu o godzinie 16, po przeprawie przez paklenickie piargi, w bojowych nastrojach stajemy pod ścianą Anicy Kuk. Uprzęże zapięte, liny gotowe wiec ruszamy! Idziemy w cztery osoby, wiec jest trochę zamieszania sprzętowego, ale pokonywanie drogi nie nastręcza nam zbyt wielkich trudności. Dookoła rozpościerają przepiękne widoki na morze i góry, jednak największe wrażenie robi wysokość…. Na początku, pierwsze 3 wyciągi prowadzi Piotrek, dalej ja z Pawłem idziemy na tak zwana „szybką trójkę” dzięki temu jestem cały czas obok Pawła i mogę podpowiadać mu gdzie są jakieś lepsze chwyty lub stopnie. Na końcu ciągnie Kefas, na wyciąganej przeze mnie dodatkowej linie.
Wszystko idzie jak po sznurku. Skała ma takie pancerne tarcie, że można by używać zwykłych butów, zamiast niewygodnych wspinaczkowych botków. Miejscami jednak jest okropnie ostra.
Po 3 wyciągach zmieniamy się z Piotrkiem, na prowadzeniu widoki robią się coraz piękniejsze. Widać już Adriatyk.
O godzinie 21 stajemy na szczycie. Radość jest wielka, bo Paweł poradził sobie rewelacyjnie.
Spokojnie oglądamy przepiękny, dalmacki zachód słońca.
Kiedy słonce na dobre już utonęło w Adriatyku, wyciągamy czołówki i ruszamy najkrótszą drogą zejściowa, która wcale nie okazuje się łatwa. W jasnym świetle czołówek kluczymy w labiryncie ostrych jak żyletki głazów, odnajdując kolejne czerwone kropki i kreski na szarych głazach.Poruszamy się zdradliwymi piargami i ścianami, na których zakładamy zjazdy. Wycieńczeni po 48 godzinach bez snu kładziemy się spać. Jutro plaża:)

7 maj
Wycieczki krajoznawcze, nauka węzłów i leniuchowanie.

9 maj
Dzień obudził nas skwarem w namiotach, słonce paliło niemiłosiernie – będzie padać…Czuje wilgoć w powietrzu – powiedział Paweł. Wszyscy zignorowali jego czarne proroctwo chowając się przed słońcem pod kuchennym dachem.
Wychodzimy w góry nie wcześnie, bo południe za pasem, ale dziś mamy więcej czasu i w pełni opanowany szlak zejściowy. Ekipą w składzie ja, Paulina, Kefas i Piotrek wchodzimy na Żebro Velkiego Cuku. Wszystko byłoby O.K. gdybyśmy nie pościli dwójki Chorwatów przed nami, którzy to mieli niby być szybsi od naszej czwórki, a straciliśmy przez nich ponad godzinę czekając na stanowisku, aż się ruszą do góry. Droga okazuje się niezwykle łatwa, jedynym problemem jest brak przelotów wiec asekuracja jest tylko teoretyczna. Jedynie ostatni wyciąg okazuje się sprawia trudności ze względu na coraz silniej wiejący wiatr „bora” o huraganowej sile. Nad szczytami gromadzą się ołowiane chmury… Czyżby proroctwo Pawła było słuszne? Prorok, jaki czy co? Docieramy na szczyt, ale nie jesteśmy w stanie cieszyć się pięknymi widokami, bo wiatr wzmaga się z każdą minutą i po chwili stojąc obok siebie musimy do siebie krzyczeć. Uciekamy!!!
Do samochodu docieramy przy pierwszych kroplach deszczu. Na – no name campingu okazuje się, że nasze obozowisko zostało zmiecione przez wiatr i rozrzucone w promieniu kilkuset metrów mimo tego, że plecaki były w namiotach! Całe szczęście, że był płot, na którym się wszystko zatrzymało.
Pozostaje nam spanie w samochodzie albo w kuchni. Nie ma możliwości ponownego rozłożenia namiotów.

10 maj
Pogoda się nie zmieniła. Dalej wieje. Mimo tego postanawiamy z Piotrkiem we dwoje zrobić drogę Mosoraśki. Idzie nam bardzo sprawnie, choć niektóre wyciągi meczą psychicznie brakiem przelotów i tak silnym wiatrem, że trzeba się trwać przyklejonym do skały, by nie odlecieć. Całość wraz z zejściem zajmuje nam 6 godzin.

11 maj
Dzień wyjazdu….Trzeba się pożegnać z pięknym wybrzeżem, a na domiar złego ustabilizowała się pogoda!